Weszłam tylko na chwilę – mleko, chleb, coś na obiad. Lista krótka, plan prosty. Ale los, jak to los, miał inne plany.
Już przy wejściu do sklepu zaczaiła się na mnie ona – pani ekspedientka. Miała tę niepokojącą iskrę w oku i energię, której mogłaby pozazdrościć elektrownia wodna w szczycie sezonu. Zanim zdążyłem złapać koszyk, już była przy mnie.
— Dzień dobry, proszę koniecznie zobaczyć nasze nowe papryczki! — powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu i praktycznie wsunęła mi pod nos tackę pełną podejrzanie błyszczących kawałków.
— Dziękuję, ja tylko po chleb... — próbowałam się wykręcić, ale ona już ciągnęła mnie w stronę stoiska.
— Ależ proszę spróbować! Są absolutnie rewelacyjne! Do sałatki! Do kanapek! Do życia!
Wykonałam niezgrabny półukłon, złapałam próbkę i czmychnęłam w stronę pieczywa. Ale nie minęła minuta, a pani ekspedientka zmaterializowała się ponownie obok mnie, tym razem z nową propozycją.
— A może jeszcze nasz hummusik? Bez niego to jak żyć, prawda?
Patrzyłam bezradnie na chleb, który był już tak blisko, ale równie dobrze mógłby być na końcu tęczy. Próbowałam przeć naprzód, ale co kilka kroków słyszałem za sobą entuzjastyczne:
— A tu jeszcze nasza nowa wędlinka! — i zaraz potem: — A może jogurcik proteinowy?
Kiedy wreszcie udało mi się dotrzeć do kasy z chlebem, mlekiem i... nie wiadomo skąd wziętym hummusem w koszyku, miałam wrażenie, że przetrwałam jakiś egzotyczny survival
@frytcia a tak na poważnie, to dalej jestem zdania, że jak ktoś wejdzie i mu gra zaskoczy, to sam tej pomocy poszuka, a jak nie, to tylko strata czasu na gracza, którego trzeba ciągnąć
